Gryżyna 14. Powojenna historia jednego domu.

Dom położony jest w lekkim zagłębieniu, nieco niżej od głównej drogi, przez co wydaje się być jeszcze bardziej przysadzisty niż jest. Przycupnięty pomiędzy trzema stodołami a strumykiem, do którego można zbiec po stromym zboczu. Tutaj bije jedno ze źródeł  rzeczki Gryżynki, w tym wąwozie wszystko się zaczyna. Kiedyś na jego stokach były ogrody warzywne otoczone drewnianymi płotami. Zmeliorowana rzeczka nie zagrażała uprawom a ziemia w tym miejscu była bardziej żyzna niż gdziekolwiek. Dziś rosną tam krzaki porzeczek, gdzieniegdzie można znaleźć resztki ogrodzenia. Cała dolina jest zarośnięta drzewami i krzakami, ptasi raj.

Maria i Feliks Koper, przyjechali do Gryżyny w 1947, albo rok później, z kieleckiego. Gospodarstwo, na którym został najstarszy syn było nieduże, dookoła powojenna bieda, a na ziemiach zachodnich miało być lepiej, dostatniej. Feliks był już dobrze po pięćdziesiątce; Maria była od niego młodsza o 9 lat. Razem z nimi przyjechała córka Helena, a niedługo później syn Stefan ze swoją młodą żoną Barbarą. Dom, w którym zamieszkali, sam w sobie dość skromny, był bardzo zniszczony przez rosyjskie wojska. Dlaczego jego właśnie wybrali? Pewnie z powodu tych trzech stodół, dużych i w dobrym stanie. Kto miał gdzie trzymać zwierzęta , mógł być spokojniejszy o los swojej rodziny.  Feliks i  jego syn uprawiali ziemię, hodowali krowy, świnie, trochę kur i gęsi – wszystkiego po trochu. Cała rodzina mieszkała razem, w Gryżynie pod numerem 14. Młodemu małżeństwu, Stefanowi i Barbarze, wkrótce urodziła się córeczka Zosia, a potem jeszcze dwóch chłopców, Andrzej i Jerzy. Dzieci urodziły się w tym domu. Domowy poród, luksus w dzisiejszych czasach, w powojennej Gryżynie był normą. Akuszerką była Pani Tatarynowicz.

5

 Zosia i Andrzej z dziadkiem Feliksem Koper przed domem od strony ulicy

Stefan był rolnikiem a zimą szył, a raczej przerabiał ubrania dla swojej rodziny i dla mieszkańców wioski. Zimą jeździł z sąsiadem Matrasem saniami do lasu, dokarmiać zwierzynę leśną.

Do domu wchodziło się po schodkach przez  drewniany ganek, do niewielkiego korytarzyka. Na wprost była kuchnia z białym glinianym piecem chlebowym, który postawił Stefan. Basia piekła w nim chleb, suszyła grzyby i owoce.  Do kuchni  można było zajrzeć  przez malutkie okienko, wychodzące  na korytarz. Z kuchni stromymi schodami schodziło się do łukowo sklepionej niewielkiej piwnicy. Po prawej stronie korytarza  był nieogrzewany pokój. Życie rodzinne toczyło się w dużym pokoju, na lewo od wejścia.  Tam, przy kaflowym piecu, ojciec szył i przerabiał ubrania, mama robiła na drutach, dzieciaki odrabiały lekcje. Odbywały się tu też spotkania rady sołeckiej, od kiedy Stefan został sołtysem. Mieszkańcy wsi pamiętają je dobrze, a zwłaszcza ten ciepły, duży pokój. Przylegała do niego sypialnia a do niej jeszcze mniejsza spiżarnia, z małym okienkiem umieszczonym wysoko. Czasem trzymało się tam jabłka. Ściany domu od wschodu porośnięte były słodkimi winogronami; można je było rwać wystawiając rękę przez okno.

3

 Barbara i Stefan Koper z córeczką Zosią przed gankiem

Naprzeciwko, płot w płot, za stodołami, mieszkali sąsiedzi Raczkowscy a po drugiej stronie ulicy Matrasowie.

Dzieci chodziły do szkoły w Gryżynie, która zorganizowana była w budynku dzisiejszej Oazy. Nauczycielem był pan Berus, którego uczniowie wspominają jak najlepiej – organizował dla nich wyjazdy do Poznania, Szczecina;   to była wielka rzecz dla dzieciaków w tamtym czasie. Gryżyńska szkoła miała tylko cztery klasy, potem trzeba było dojeżdżać do podstawówki w Bytnicy. Dzieci wożono starem krytym plandeką, na którego trzeba było długo czekać. Zdarzało się, że star nie przyjeżdżał wcale i wtedy dzieci, szczęśliwe, wracały z powrotem do domów.  Po jakimś czasie rodzice wystarali się o autobus, a przystanek ustawiono  naprzeciwko domu-sklepu Pileckich, koło krzyża.  Po skończeniu podstawówki  najstarsza Koprówna , Zosia, zdała egzamin do LO w Rzepinie. Mieszkała w internacie a domu przyjeżdżała raz w miesiącu; były to tak zwane niedziele wyjazdowe.

1

 Gryżyńska klasa z nauczycielem Kazimierzem Berusem

Po szkole dzieci pomagały w gospodarstwie. Pasły krowy, chodziły z rodzicami w pole pomagać przy żniwach czy kopaniu kartofli. Jesienią, jak wszyscy, chodziły na grzyby. Kurki oddawano do skupu u pana Bućko, a prawdziwki suszyło się w piecach chlebowych.

Pierwsza umarła babcia Maria, w 1959 roku. Pięć lat po niej umarł Feliks. Oboje pochowani  są na Gryżyńskim cmentarzu. W 1968 Stefan z żoną i trójką dzieci kupił w kieleckiem gospodarstwo i wjechał z Gryżyny.

W domu pod numerem 14 została Helena, już mężatka. Od tej pory zaczyna się w nim historia rodziny Furtasów.

2

Od lewej: Helena Furtas z mezem Janem, p. Paliwoda oraz Kazimierz Furtas

4

Komunia Andrzeja. Od lewej:Zosia Koper, Pani  Regina Janiak, Rodzice, brat Jerzy i Andrzej

7 6Komunie w Toporowie

P.S. Zdjęcia i wspomnienia zawdzięczamy Pani Zofii Zabojszcza z domu Koper. Cdn …

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Różne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

19 odpowiedzi na „Gryżyna 14. Powojenna historia jednego domu.

  1. Asia M. pisze:

    Chcę dodać, że ten dom miał zawsze klimat i coś takiego w sobie, że wszyscy bardzo do niego ciągneli:).

  2. |Asia C. pisze:

    cudne te wszystkie informacje…. a kto wie cokolwiek o rodzinie Witanów??????

  3. zojka pisze:

    Chodziłam do jednej klasy z Jadzia Witan. Prawdopodobnie mieszka w Torzymiu ale kontaktu nie mam

  4. Asia C. pisze:

    ciekawa jestem jak wygladal ich dom….. ponoc byl piekny…. ale wydarzyla sie tam tez chyba tragedia, splonela mala dziewczynka (z tego co opowiadaja mieszkancy Gryzyny)

    • Anonim pisze:

      Dom jak dom.Duży z czerwonej cegły, jak wiele takich w Gryżynie. W budynku duża kuchnia z biało-czarnymi płytkami na podłodze oraz duże pokoje.Jeden z nich nazywano salonem.Sad, który otaczał dom i budynki gospodarcze rodził pyszne owoce.Gospodarz Pan Witan strzegł go dzielnie przed dziećmi, które chciały do niego się dostać aby zjeść choć jedną „papierówkę”.Pan Witan był osobą bardzo porywczą.Niskiego wzrostu, często nie ogolony i wiecznie na boso.Takim go zapamiętałam.Dziewczynka, córka państwa Witanów,która spłonęła miała na imię Marysia.Miała chyba 5 lat.
      Jej opuszczony i zaniedbany grobek jest na miejscowym cmentarzu.
      Państwo Witanowie na stare lata kiedy wszystkie dzieci (4) opuściły gniazdo rozstali się i wyjechali z Gryżyny.

      • s.w. pisze:

        Hmm, smutna historia … Jak to się stało , że ta dziewczynka spłonęła ?
        Niektórzy pamiętają jednak ten dom jako wyjątkowo ładny i okazały .

  5. Anonim pisze:

    Jabłka były tam jeszce do niedawna.Jedna jabłonka była szczególna bo duża i rozłożysta a jabłka pyszne.Nie ma już jabłonki ale są wspomnienia tego zarośniętego ogrodu z tajemniczym wejściem wąziutką ścieżką wśród krzewów,ruin w ktorych szukaliśmy skarbów i całej tajemniczości tego miejsca.Było wyjątkowe i znikneło jak wiele innych miejsc w Gryzynie.Wielka szkoda…

  6. marta pisze:

    Tak , to była bardzo smutna historia …
    Był deszczowy dzień , Marysia zmokła na dworze , zmarzła . Przybiegła do
    domu żeby się ogrzać i wysuszyć . Stanęła przy piecu w kuchni , otworzyła od niego drzwiczki , odwróciła się tyłem żeby osuszyć bluzkę. Stanęła
    za blisko , płomień z pieca zahaczył o bluzkę , zaczęła płonąć.
    Przybiegła jej starsza siostra Jadzia, zaczęła ją gasić,sama przy tym parząc sobie ręce.
    Marysia leżała 3 dni w szpitalu w Świebodzinie . Nie udało się Jej uratować.
    Jadzia długo jeszcze chodziła z zabandażowanymi rękami .

    • Jacek pisze:

      A czy ktoś pamięta datę śmierci Marysi Witan ?

      • Anonim pisze:

        Tajemniczy Jacku Pan jest chyba Jackiem Witanem.Gdyby żyła Marysia byłaby Pana ciocią, siostrą Pana ojca Józefa Witana.Czy dobrze myślę?

        • Jacek pisze:

          Tak, tak tajemniczy anonimie wszystko się zgadza, ale datę już znam 30-10-1955 w szpitalu w Świebodzinie, straszne to były czasy i opieka lekarska beznadziejna, teraz na pewno by żyła.

          • marta pisze:

            Na grobie Marysi w tym roku umieszczono tabliczkę ( domyślam się , że zrobiła to Jej rodzina ) na której jest tylko rok urodzenia – 1951. Niestety tabliczka rozpadła się na dwa kawałki . Sprawdzałam czy można ją jakoś skleić ale nie ma szans .

  7. s.w. pisze:

    Pan Witan rzeczywiście zapisał się w pamięci mieszkańców jako
    porywczy i boso chodzący mężczyzna .Przeganiał dzieci ze swojego sadu ale z drugiej strony potrafił przyjść i przynieść w prezencie kosz pełen jabłek (ale to
    tylko wtedy gdy był ”po kielichu”).Do Gryżyny przyjechał ze Wschodu. Przy
    tym pięknym dużym domu były także bardzo okazałe budynki gospodarcze,gdzie
    hodował sporo zwierząt.Miał też konia co wtedy bardzo się liczyło
    bo „ugadywał” sąsiadów do pomocy w polu a potem koniem tą pomoc odrabiał.
    Kiedy dzieci Witanów-jak tu ktoś ładnie napisał-opuściły gniazdo, wkrótce
    potem Pani Witan wyjechała do córki, jakiś czas jej mąż mieszkał tu sam
    po czym i on wyjechał-do syna.Od tej pory nikt już w tym domu nie zamieszkał.
    Popadał powoli w ruinę aż w końcu prywatny właściciel rozebrał i dom i stodoły.
    I rzeczywiście – jak ktoś tu już wspominał- ostał się najdłużej sad ze wspaniałą jabłonią, dorodnym orzechem, słodkimi węgierkami. Dziś już i po nich nie ma
    śladu. Cóż…that’s a life.

  8. Anonim pisze:

    Chyba orzech sie ostal.Godzinami jako dzieci tluklismy na ruinach orzechy.Sadu zal…

  9. Lech Piotrowski pisze:

    Dom Witanów był chyba najładniej położony w Gryżynie,na skraju wsi na górce tam gdzie się zaczynała alej dębowa. Pamiętam ze oprócz domu i użytkowanych zabudowań gospodarczych był tez jakiś na ich terenie niewielki zrujnowany budynek w którym zachowała się piwnica w której syn Pana Witana ( niestety nie pamiętam imienia) zgromadził kilka tysięcy sztuk niemieckiej amunicji karabinowej którą m.in. sprzedawał okolicznym myśliwym którzy mieli sztucery Mauser do których ta amunicja pasowała.
    Było to oczywiście nielegalne ale po tylu latach wszystko się przedawniło.

  10. Niusia pisze:

    Po jakimś czasie od wydarzenia, dotarła do nas wiadomość o tragicznej śmierci Marysi Witan. Była dla mnie dużym wstrząsem. Kiedy mieszkaliśmy u p. Witanów, zaprzyjaźniłam się z nią. Była młodsza ode mnie. Pamiętam Jadzię i Józka, który wtedy wydawał mi się dorosły. Jako, że mieszkaliśmy przez ścianę, często u nich przebywałam. Pan Witan był miłym i dobrym człowiekiem, nie pamiętam żebym się go bała. Razem z żoną uratował nas z opresji. U p. Witanów zamieszkaliśmy w dosyć trudnej dla naszej rodziny sytuacji. Zmuszeni byliśmy opuścić dom przy krzyżu, pod dębami. Dom Witanów musiał być duży, zamieszkaliśmy w jego części z osobnym wejściem, gdzie był pokój i obszerna kuchnia. Pamiętam pokój z oknem zarośniętym winobluszczem, gdzie promienie słońca przenikały przez gęste liście. W kuchni była płyta kuchenna obrzeżona mosiężnymi rurkami, posadzka z pięknej terakoty, którą szczególnie pamiętam, bo miałam z nią bliskie spotkanie III stopnia. Sad był wspaniały, z dużą ilością drzew i z bujną miękką trawą, gdzie roiło się od skorków i różnych innych przerażających mnie wtedy pełzaczy.

  11. zojka pisze:

    Pan Witan był też miejscowym grabarzem i zawsze jakims ,,psim swędem „namierzał nas
    jak chodzilismy na jego łąkę kąpać się …więc wialiśmi ile tchu a biegi to miał mimo swojego wieku

  12. Marzena w pisze:

    Orzech pozostał, mili Państwo. Asia wygrała spór o pozostawienie drzewa, i pozostał.
    Jabłonki z papierówkami nie pamiętam.

  13. Anonim pisze:

    Jablonka byla, ale ta ktora pamietam nie rodzila juz pysznych jablek…….. tylko, male „zdziczale” jabluszka, a o papierowek nie bylo….
    Co do sliwek, to miejscowi co jakis czas je zrywali, jednak sad pozostawiony sam sobie przez dlugie lata byl zaniedbany, a owoce w wiekszosci robaczywe. Faktem jest, ze sluchajac wspomnien wszycy zachywcali sie tym sadem i celem zachowania tradycji powstal nowy sad. Nie jest on dokladnie w tym samym miejscu, ale mamy przepiekne owoce. Brzoskwinie, wisnie, czeresnie, a nawet jablaka i gruszki. no i oczywiscie tradycyjne wegierki, ktore chyba najbardziej utrwalily sie w pamieci mieszkancow Gryzyny. Orzech jest, mimo ze orzechy sa male jest ich co roku dosc duzo…. no i wiewiorki sa szczesliwe, jest ich trzy 🙂 poza tym zachowala sie piekna piwnica, co prawda pusta, ale piekna…….

Możliwość komentowania jest wyłączona.