Wspomnienia Pana Mariana Dolaty …

… czyta się jednym tchem nie przestając się dziwić, że można tyle zapamiętać 🙂               Dziękujemy Panie Marianie!

 

Moja Gryżyna

Długo zastanawiałem się jak opowiedzieć o Gryżynie, którą zapamiętałem z lat mojego dzieciństwa. Wspominając po latach tę wyjątkową wieś i okolicę, zawsze myślę o tym kawałku świata jak o wspaniałym i jedynym miejscu na ziemi, mojej cudownej Arkadii. Na mój sposób widzenia tego skrawka ziemi wpływają przede wszystkim pozytywne emocje okresu dzieciństwa oraz wierność i miłość tej ziemi. Zdawałoby się, że jest to zwykła wieś jakich tysiące, ale dla tych, którzy chociaż na krótko tu zamieszkiwali, posiada walor niezwykłości. Państwa wpisy na tym portalu to potwierdzają.

Gryżyna z tamtych lat była miejscem wypełnionym prozą normalnego życia, radością, ciężką pracą, zabawą i troską o zagwarantowanie materialnej egzystencji. Nie ma wątpliwości, iż ta wieś jest miejscem magicznym, o którym mówimy z wielką wrażliwością, i miłością, do którego tak chętnie powracamy we wspomnieniach nawet, jeżeli dzisiaj mieszkamy w innych częściach kraju i świata. Pozostańmy więc chociaż na chwilę przy takiej optyce widzenia Gryżyny i przypomnijmy sobie tę wieś z tamtych lat…

Gryżyna jaką zapamiętałem z dzieciństwa, to Gryżyna z lat 1954 – 1965. Podzielę się więc zapisanymi w mojej pamięci obrazami Gryżyny z tamtych lat.

Każdy z nas zapamiętał Gryżynę z przeżytych w niej lat na swój sposób, każdy ma swoją ocenę przemian, które dokonały się tu, i których wtedy byliśmy świadkami i uczestnikami.

Mój obraz tamtej Gryżyny jaką zapamiętałem …

Lata pięćdziesiąte ….

Jesienią 1950 roku moi rodzice przyjeżdżają do Gryżyny. Mam zaledwie kilka miesięcy. Na krótko zamieszkujemy w domu, który dzisiaj stoi obok obecnej siedziby sklepu (kiedyś naprzeciwko mieszkała rodzina Perzyńskich). Wkrótce jednak na stałe zamieszkaliśmy na Augustynce w ostatnim domu po prawej stronie, idąc w kierunku jeziora (dzisiaj mieszka w tym domu P. Wójtowicz). Tata obejmuje w administrację leśnictwo Augustynka. Naszymi sąsiadami w owym czasie była rodzina Państwa Niemiec (w domu, w którym dzisiaj mieszka Pan Gąsiorek). Ich syn Tadeusz był moim rówieśnikiem, tak więc był to mój towarzysz chłopięcych zabaw i szaleństw po okolicznych lasach i łąkach, a także towarzyszył mi w drodze do szkoły i ze szkoły. Pan Niemiec był leśniczym w nadleśnictwie Gryżyna. Ok. 1958 r. rodzina Niemców przeprowadziła się do Skórzyna, koło Krosna Odrz. Chyba w roku 1959 w domu po sąsiedzku zamieszkał Pan inż. Michoński z rodziną. Ok. roku 1963 Michońscy przeprowadzili się do m. Szczawa w powiecie Limanowskim. Miałem okazję odwiedzić ich w Szczawie w 1970 r. Zamieszkali w przepięknie położonej leśniczówce na granicy Beskidu Wyspowego i Gorców nad rzeką Kamienica.

Gryżyna nigdy nie była miejscowością, która oferowałaby swoim mieszkańcom łatwe perspektywy i bogatą ofertę na życie. We wsi nie było wielu gospodarzy, a chociaż jakość gleby, na której przyszło im gospodarzyć była marnej jakości, to kultura upraw na gruntach, na których gospodarzyli była zadziwiająco wysoka. Uprawiano na polach przede wszystkim ziemniaki, owies, żyto, kukurydzę, saradelę, koniczynę i warzywa. Pola wzdłuż alei dębowych w kierunku na Kosobudz i Niedźwiedź, po prawej i lewej stronie zawsze były porządnie zaorane i obsiane. Tak samo wyglądały pola w kierunku na Dobrosłów i Grabinę. Na Augustynce przy domach uprawiano w ogródkach warzywa, ziemniaki i kwiaty. Innym poważnym obszarem działalności mieszkańców Gryżyny była uprawa łąk. Wielu mieszkańców Gryżyny miało w swoich obejściach przynajmniej jedną krowę, cielaki i świnie oraz drób. Łąki na obszarze od Gryżyny do pierwszego młyna (młyn Strzelnik) były starannie koszone, a siano stanowiło paszę na zimę dla bydła. Zabezpieczenie terenów do wypasu krów wcale nie było takie proste. Wypas krów zorganizowano w ciekawy sposób. Do wypasu zatrudniono za odpłatnością „od krowy”, Pana Grzesiaka, który przyjechał do Gryżyny z kieleckiego. Dodatkowo każda z rodzin, które powierzały krowę do wypasu, miała obowiązek zagwarantować Grzesiakowi obiad. Krowy były wypędzane rano i po południu. Krowy wypasano nad jeziorem (obok plaży i po prawej stronie jeziora), wypasano także przy drogach i na łąkach w pobliżu drugiego młyna (młyn Zaskórz). Pamiętam, że pomagaliśmy Grzesiakowi przy wypasie krów i pędzeniu. To była prawdziwa „kowbojka”. Przed oczami mam żywe obrazy ogromnego stada krów z całej Gryżyny, które wieczorem wracało z pastwiska do gospodarstw, a nad stadem unosiła się wielka chmura kurzu. Trzeba przy tym podkreślić, iż drogi i ścieżki po okolicznych łąkach i lasach były dobrze utrzymane, nie były zarośnięte i zdegradowane tak jak to się stało dzisiaj. Przejezdna o każdej porze roku była droga z Gryżyny do młyna Zaskórz przez młyn Strzelnik. W wielu miejscach zbudowane były przepusty pozbijane z bali, a w miejscach trudnych do przejazdu z uwagi na podmokły teren leżały bele z drzewa, utwardzające drogę. Rowy odwadniające na łąkach były meliorowane i utrzymana była ich drożność. W licznych źródłach, miejscowe gospodynie trzymały bańki z mlekiem do wytrącenia śmietany. Bańki do mleka miały wizjer ze szkła, który zakończony był kranikiem spustowym, co pozwalało zlać najpierw mleko, a później śmietanę. Takie źródełka, w których gospodynie przechowywały bańki z mlekiem były np. w źródle naprzeciwko domu P. Karatuchy koło Nadleśnictwa, albo na Augustynce przy łąkach koło zapory (przed stawem „połówka”).

Wielkim bogactwem były położone wokół Gryżyny aleje z drzewami owocowymi (śliwy, gruszki, jabłka, wiśnie), zaś aleja czereśniowa na drodze przed Bytnicą w okresie powrotów ze szkoły do domu, zawsze była dla nas kusząca, mimo dozorców pilnujących owoce.

Komunikacja …

Przede wszystkim nie istniała wtedy regularna komunikacja PKS-u łącząca Gryżynę z Krosnem Odrzańskim, czy Świebodzinem. Droga do Bytnicy, czy droga do Węgrzynic była wykonana z tłucznia i nie była drogą asfaltową, a wiosną, czy zimą obfitowała w kałuże i dziury. Nawierzchnię bitumiczną wykonano dopiero ok. roku 1960. Komunikacja autobusowa na trwałe zaczęła funkcjonować od 1962. Za nim jednak przez Gryżynę zaczęły kursować regularnie autobusy PKS-u to dzieci z Gryżyny, kontynuujące naukę w szkole w Bytnicy, dowożone były do szkoły ciężarówką „Star 20” z tartaku. Oczywiście była to ciężarówka kryta plandeką, z ławkami z desek, a wiatr, szczególnie zimą, gwizdał z każdej strony, ale było nam zawsze wesoło i wszyscy wtedy uważaliśmy, że tak właśnie musi być, no i dobrze, że w ogóle możemy dojechać do szkoły. Bywało też tak, że samochód był zepsuty i wtedy przesiadaliśmy się na rower, po warunkiem, że ktoś go miał. Droga do Toporowa przez Kosobudz była wtedy w dużo lepszym stanie technicznym, niż dzisiaj. Wzdłuż tej drogi wiła się malownicza ścieżka dla rowerzystów i motocyklistów i była w świetnym stanie. Mieszkańcy Gryżyny wyjeżdżając do tzw. „Centralnej Polski” (bo przecież my mieszkaliśmy w mniemaniu naszych rodzin z Poznania, Lublina, albo Warszawy – „na zachodzie”), musieli dojechać najczęściej furmankami na stację kolejową do Toporowa. Jakiż to był dworzec… Przede wszystkim był bufet, gdzie jak pamiętam zawsze można było nieźle zjeść, a rodzice mogli wypić kufel piwa, albo też coś mocniejszego.

Drogi leśne staraniem gryżyńskich leśników, były nieźle utrzymane. Zawdzięczano to przede wszystkim systematycznie prowadzonej pracy, polegającej na wywozie gruzu z budynków zniszczonych przez działania wojenne. Pamiętam, że jedną z firm, która wykonywała największą ilość napraw na leśnych drogach była Firma Pana Ławeckiego z Drzewiec koło Bytnicy. Drogę betonową do jeziora zbudowano dopiero z chwilą kiedy powstał ośrodek Zgrzeblarek, a później Falubazu, to jest na przełomie lat 1960/70. Droga z Augustynki do wsi, była piaszczysta i z niezłymi wybojami. Zimą droga była zasypywana śniegiem, a w okresie roztopów, wiosennej lub jesiennej pluchy nie wyglądała ciekawie. Ale tak wyglądały w okresie roztopów przeważnie wszystkie drogi w Gryżynie.

Wspominałem, że wzdłuż dróg wiodących w kierunku Grabiny, Bytnicy Dobrosułowia, Kosobudza, Niedźwiedzia, Węgrzynic i Zawisza rowerzyści wytyczyli i „udeptali rowerami” kręte ścieżki rowerowe. Na pewno nie były to ścieżki rowerowe jakie buduje się w dzisiejszych czasach, ale ułatwiały one bezpieczną i wygodną jazdę rowerem i motocyklem. Kiedy jednak mieszkańcy przesiedli się do swoich samochodów, ścieżynki rowerowe powoli zarosły trawą i dzisiaj nawet już nie wiadomo gdzie się kiedyś wiły.

Edukacja …

Edukacja w szkole była dwustopniowa. W Gryżynie były prowadzone zajęcia szkolne z dziećmi klas 1 – 4. Dalsza edukacja prowadzona była w szkole podstawowej w Bytnicy. Do roku 1959 w szkole prowadzone były lekcje religii, które prowadził ksiądz z Toporowa.

Przy szkole była mała biblioteka i z tej właśnie biblioteki pożyczałem moje pierwsze książki.

Szkoła była miejscem naszych wspaniałych zabaw i wydarzeń jak chociażby gry i zabawy z okazji dziecka, wspólne podchody po okolicznych wertepach i wykrotach, itp.

Aleje dębowe …

Oczywiście zawsze w krajobrazie Gryżyny wyróżniającą się dominantą były przepiękne aleje dębowe. Dzisiaj możemy podziwiać tylko te główne, to jest z Gryżyny w kierunku Kosobudza (zwane przez niektórych „palisada”) i równoległą do niej, która prowadzi od gospodarstwa P. Kasowskich. Następną, okazałą aleją była aleja położona na Augustynce, w kierunku Zawisza oraz aleja wzdłuż betonowej drogi do jeziora i nad jeziorem.

Jedną z nich była aleja, która dzisiaj tonie wśród wyrosłych drzew które ukryły ją jest niewidoczna i trochę zapomniana – aleja dębowa prowadząca z Gryżyny do pierwszego młyna. Drugą zapomnianą i chyba już niewidoczną jest aleja biegnąca poniżej do drogi na Augustynce i równolegle do niej (kiedyś prowadziła ona wzdłuż łąk do stawu „połówka” i dalej do pierwszego młyna młyna).

Zawsze pod koronami wysokich dębów zbieraliśmy wspaniałe prawdziwki z pierwszego wysypu, tzw. „dębowego”. Jakież to okazy prawdziwków znajdowaliśmy pod koronami tych drzew ? Innym dobrodziejstwem tych drzew dla mieszkańców wsi były żołędzie. Była tego wielka obfitość, a szczególnie zapamiętałem urodzajny w żołędzie rok 1963. Pomimo słoty jaka była tej jesieni, mieszkańcy workami oddawali do skupu zbiory żołędzi. Mieszkańcy Gryżyny całymi rodzinami dorabiali do skromnych budżetów domowych zbierając na sprzedaż dla nadleśnictwa żołędzie na paszę dla zwierząt oraz na komponenty paszowe.

Leśnicy i pracownicy lasów …

Pracownicy administracji leśnej zawsze byli solą tej ziemi. To oni tworzyli jej nowy kształt i oblicze. Administracja Lasów Państwowych stworzona została zaraz po ustaniu działań wojennych. Gryżyńskie lasy miały wiele szczęścia, że zarządzali nimi profesjonaliści, ludzie nieszczędzący oddania, wiedzy i miłości do wykonywanej pracy. To co do dzisiaj szczególnie zapamiętałem to ich wielkie poszanowanie dla munduru. Jakże oni byli dumni, że mogą nosić ten mundur. Nie mogę w tym miejscu nie wymienić niektórych nazwisk, które z tamtych czasów zapamiętałem, a szczególnie byli to: Nadleśniczy Pan Marian Piotrowski, wspaniały reżyser i animator wielu wydarzeń gryżyńskich (w zbiorach rodzinnych znajdują się zdjęcia z wycieczki „zakładowej” organizowanej przez Pana Nadleśniczego), jego następca Nadleśniczy Pan Adam Gulgowski. Nie mogę nie wspomnieć o ludziach związanych z lasami, a którzy mocno zagościli w mojej pamięci jak: Pan Leon Czekała, Pan Kazimierz Tatarynowicz, Pan Piekarski, Pan Firgoń, Pan Frymus, Pan Perzyński, Pan Watrak, Pan Czerniak, Pan Janiak, Pan Raczkowski, Pan Paliwoda, Pan Owoczyński Pan Gąsiorek i wielu innych. Trudno też zapomnieć obrazy z tamtych lat, kiedy leśnicy w galowych mundurach aktywnie uczestniczyli w procesji Bożego Ciała organizowanej gryżyńskimi ulicami chociaż nie było dobrze widziane przez ówczesne władze a szczególnie te partyjne. W mojej pamięci utrwaliła się melodia pierwszych traktorów m-ki URSUS z przyczepami dłużycowymi do wywozu drzewa z lasu. Melodia pracy silników tych traktorów w owym czasie była niezwykłym wydarzeniem dla smyków w moim wieku. Później wywożono z lasów drzewo samochodami „Tatra”. Ach co to były za cuda techniki … Pamiętam też, że do ciężkich prac w terenie używano ciągniki na gąsienicach, tzw. „DETY”. Pierwsze piły spalinowe w lesie były wielkim ułatwieniem dla ciężko pracujących drwali w lesie i były w owych czasach wielką rewolucją. Wiedzy i umiejętnościom zawodowym leśników gryżyńskich zawdzięczamy znakomitą kondycję lasów gryżyńskich. W tamtym czasie nie brakowało problemów związanych z uprawą i pielęgnacją lasów. Lasy były tak samo jak i dzisiaj gnębione przez owady, pożary i zwykłą bezmyślność ludzi.

Na Augustynce (obok betonowego placu tanecznego) prowadzona była z wielkim profesjonalizmem szkółka leśne na potrzeby nadleśnictwa.

Wielka obfitość dzikiej zwierzyny zamieszkującej okoliczne lasy zawsze była rajem dla miejscowych myśliwych. Bogata tradycja myśliwska Gryżyny została podjęta i godnie była kontynuowana przez myśliwych gryżyńskich. Od roku 1962 działalność łowiecka przynosiła gospodarce narodowej spore profity z organizacji polowań dla tzw. „myśliwych dewizowych” z Belgii, Niemiec, Austrii, Francji, Danii itd. Jedną z form działalności ówczesnych Lasów była odłownia dla zwierzyny, położona przy drodze do Dobrosłowia, którą prowadziło Nadleśnictwo.

Lasy …

Niezwykła uroda okolicznych lasów, jej naturalny i wręcz dziki charakter przyciągała zawsze tych, którzy szukali wytchnienia, spokoju i radości w obcowaniu z naturą. Do Gryżyny lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych przyjeżdżały rodziny i znajomi mieszkańców wsi, często z odległych stron Polski. Tak naprawdę masowa turystyka w Gryżynie rozkwitła na dobre w latach siedemdziesiątych do czego niewątpliwie przyczyniło się wybudowanie Ośrodka Wczasowego nad jeziorem.

Lasy otaczające Gryżynę były poważnym źródłem dochodów jej mieszkańców. Zimą zbierano szyszki na nasiona na zrębach i sprzedawano je do nadleśnictwa, jesienią żołędzie i kasztany. Nadleśnictwo realizowało ogromny plan pozyskania drewna, narzucony przez gospodarkę narodową. Pamiętam wielkie powierzchnie zrębów wokół jeziora, za naszym domem, na granicy powiatów, jadąc drogą na Zawisze itd. Po lewej stronie drogi idąc w kierunku Zawisza z Gryżyny, znajdowały się ogromne przestrzenie zrębów wzdłuż gryżyńskiego ozu, przekraczając szosę Gryżyna – Węgrzynice, idalej w kierunku na Niedźwiedź. Drugim kierunkiem prowadzonej wówczas intensywnej gospodarki leśnej, było porządkowanie pogorzelisk po pożarach z okresu wojny i obsadzanie wiosną upraw nowymi na sadzeniami, np. po obu stronach drogi do Bytnicy, Dobrosłowia, Kosobudza.

Kto wykonywał wtedy tę ciężką i ogromną pracę w lesie ? Czy byli to tylko mieszkańcy Gryżyny ? Nie tylko. Pamiętam, że mój ojciec wyjeżdżał w delegację na południe Polski w rejon dawnego woj. krakowskiego do powiatu limanowskiego, nowosądeckiego, nowotarskiego. Całe grupy sezonowych pracowników pracowały w lesie przy wyrębie i sadzeniu lasu. Były to kobiety i mężczyźni. Przyjeżdżali na „zachód”, bo tutaj była praca. Tuż przed żniwami większość z tych pracowników wyjeżdżała do pomocy przy żniwach, wykopkach i jesiennych pracach w rodzinnych gospodarstwach, a po zbiorach wracali z powrotem do Gryżyny. Dochody z pracy w lesie były dużym uzupełnieniem budżetów rodzinnych. Pamiętam, że byli to ludzie młodzi i bardzo, weseli, a kiedy szli do pracy rano, to szli ze śpiewem, ale powrotowi do domu już ciemną nocą, również towarzyszył głośny śpiew. Pracownicy sezonowi mieszkali w dawnym domu parafialnym oraz na piętrze domu gdzie mieszka Jan Watrak, a kiedyś mieszkała P. Matłowska. Lasy zabezpieczały nocleg na żelaznym łóżku z siennikiem wypchanym słomą, zupę regeneracyjną na zrębie i kuchnię pozwalającą ugotować posiłki i to wszystko.

Innym poważnym źródłem budżetów domowych był zbiór runa leśnego. Wspaniałe tereny prawdziwkowe znajdowały się w lasach po obu stronach drogi do Bytnicy, Dobrosłowia i Kosobudza. Jakiż to był urodzaj prawdziwków w tamtych czasach. Kwalifikacja prawdziwków odbywała się według następującego schematu: białe pod spodem kapelusza i zdrowe` pozostawały w domu, ale z tego: małe do octu, a średnie i duże do suszenia. Pozostałe prawdziwki, czyli z dużym kapeluszem, pod spodem seledynowym i ciemno zielone na suszenie i na handel. Jesienią zaś przyjeżdżali handlarze, a miejscowi sprzedawali swój dorobek za niezłe pieniądze. Grzyby suszone miały wyraźną gradację cen. Grzyby białe pod spodem były najdroższe, zaś grzyby jasno seledynowe były nieco tańsze, ale najtańsze były prawdziwki z ciemnym spodem kapelusza. Mieszkańcy Gryżyny suszyli swoje grzyby w okresie dużych wysypów w piecach domowych, a także w licznych piecach piekarniczych, zlokalizowanych na terenie wsi.

Wiosną w kwietniu, zbieraliśmy na uprawach smardze. Niezwykle aromatyczny sos ze smardzów, był zawsze wielkim rarytasem w naszym domu. Pierwszy w roku smak i zapach sosu grzybowego miał swoją oczywistą magię.

Inne grzyby, które zbieraliśmy – podgrzybki, kozaki, maślaki, itp., których zawsze w okolicznych lasach były ogromne ilości, służyły one przede wszystkim do bieżącej konsumpcji, ale też suszono je i zaprawiano do marynat.

Kolejny ważny towar handlowy to kurka, albo „pieprzówka”. W okresach kiedy był wysyp tych grzybów, to skup również przyjmował kurki stosując gradację cenową. Cena kurek zależała od ich wielkości. Najdroższe były oczywiście kurki najmniejsze, niższą cenę miały już kurki średniej wielkości. Najtańsze były kurki największe. Skup grzybów jak pamiętam do czasu wyjazdu z rodziną do Ameryki – prowadził Pan Bu

ko. Pamiętam lato, bodajże był to rok 1962 albo 1963, które było nieprzeciętnie deszczowe, ale za to bardzo obfite w urodzaj kurek i innych grzybów. Po lewej stronie jeziora, w kierunku na Grabinę znajdują się kotlinki (geologiczne wytopiska). Ilości kurek, które zbieraliśmy w tych kotlinkach były ogromne. By zilustrować sposób zbierania tych grzybów powiem tylko, że siedząc w miejscu cięło się kurki do koszyka. Czasami zajęcie to stawało się wręcz nudne i monotonne, ponieważ gdzie się człowieku obejrzałeś, tam widziało się tylko żółty kolor. Jeżeli zaś stanęło się na jednym zboczu kotlinki, to druga jej strona, pięknie się żółciła. Dzisiaj można tylko sobie o tym zaśpiewać : „…ale to już było..”.

Jagody, a mówiąc poprawnie borówka brzusznica, jagody czerwone, one też rosły w okolicznych lasach w dużych ilościach. Jagody zbieraliśmy przede wszystkim w lasach koło jeziora, w kierunku na Grabinę. Skup również przyjmował zbiory jagód. Oczywiście i grzyby i jagody oraz przetwory z owoców lasu stanowiły żelazną pozycję w kuchni ówczesnych gospodyń w gryżyńskich domach.

Życie kulturalne …

Zabawy wiejskie, odbywały się przede wszystkim w budynku pałacu, po jego prawej stronie patrząc od wejścia. Salą pełniącą min funkcję garderoby, bufetu była pierwsza sala, a salą taneczną była sala druga (środkowa) z pięknym parkietem. Po prawej stronie sali tanecznej była mała salka stanowiąca zaplecze. Pamiętam również zabawy w budynku gdzie mieszkali Państwo Jedrzejakowie (dawna szkoła).

Oryginalne zabawy były organizowane na świeżym powietrzu na wybetonowanym placu ze stojącym dębem pośrodku. Oczywiście żelaznym punktem tych zabaw był bufet, „walczyk czekoladowy”, „walczyk kotylionowy” oraz Panie proszą Panów itd., itp.

W sali pałacu odbywały się też tzw. występy estradowe i cyrkowe. Zapamiętałem występ tresera z niedźwiedziem. Było to wielkie przeżycie dla mnie w tamtym czasie, ale też pamiętam parę artystów występujących i śpiewających hity tamtych czasów jak np. „Meksykana”, „Ramona” itd.

Sala nadleśnictwa gościła w każdy piątek kino. Filmy wyświetlał kierownik kina z Bytnicy Pan Syriatowicz na ekranie z prześcieradła. Zawsze udawało mi się wyprosić pieniądze na bilet, bo kino wówczas było czymś niezwykłym. Magia kina była jednak silniejsza od strachu jaki towarzyszył mi podczas samotnego powrotu do domu przez las (przy braku oświetlenia na ulicy). Pierwsza kolorowa bajka: „Stoliczku nakryj się..” wywarła na mnie wielkie wrażenie i pamiętam, że treść bajki opowiadałem innym dzieciom.

Kończąc …

Wspomnienia moje stanowią skromny suplement wcześniejszych opowieści o Gryżynie, które zamieszczone zostały na stronach portalu internetowego. Pragnę szczególnie podkreślić, że moje wspomnienia wyjąłem z zakamarków pamięci i odkurzyłem i może w którymś fragmencie nie są wyraziste. Gryżyna lat 70 i następnych, to wieś, która zmieniła swoją tożsamość pod wpływem zmian jakie zaszły w kraju i w świecie. Atrakcyjność turystyczna tej wsi, jej popularność, nadały Gryżynie nowy wizerunek, wizerunek miejsca ciekawego turystycznie, niezwykłego i godnego zwiedzenia.

Wielką wartością mieszkańców dzisiejszej Gryżyny jest dążenie do poznania i popularyzacji niezwykłej historii tej wsi, dbałość o pamięć o byłych jej mieszkańcach, miejscach ważnych dla tej wsi, czego dowodem jest wspaniała akcja przy restauracji części cmentarza, pomnika, schodów.

Podziwiam mieszkańców Gryżyny, że potrafili się zorganizować i nadać swojej pracy w celu zachowania i pielęgnowania tradycji, historii, wartości wspólnych – ramy prawne i organizacyjne.

Z dumą mogę o tej wsi powiedzieć pomimo, że od lat tu już nie mieszkam: „Moja Gryżyna”

 

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Różne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „Wspomnienia Pana Mariana Dolaty …

  1. Zosia pisze:

    Pięknie opisałeś pozdrawiam

  2. Asia Miś pisze:

    Panie Marianie,naprawdę pięknie pan napisał.Bezcenne!
    Wracajcie do nas jak najczęściej!!do zobaczenia!:)

  3. Tadeusz pisze:

    Drogi Kuzynie, znam Cię już ponad pół wieku, ale od strony tak poetycznej jeszcze Cię nie poznałem, mimo tylu wspólnie przeżytych znakomitych chwil przy niejednej przecież lampce fantastycznego wina. Gratuluję. Cieszę się, że w tej barwnej historii Gryżyny tkwi gdzieś, nie zapisana jeszcze, historia moja i mojej rodziny. Jako kilkuletni chłopcy razem z Wami baraszkowaliśmy w czarodziejskim ogrodzie za leśniczówką, w pobliskim lesie i nad jeziorem. Bez zbędnego tu patosu powiem, że mimo ledwie kilku epizodów we wczesnym moim dzieciństwie, są obrazy, rozmowy i różne przeżycia, które na hasło „Gryżyna” natychmiast, bardzo intensywnie odżywają w pamięci i wyciskają niejedną łzę wzruszenia nad pięknem tamtych chwil w tej, chyba jednak, niezwykłej wsi.
    Wiersz „Oda do Gryżyny” jest właśnie o tym.

Możliwość komentowania jest wyłączona.